środa, 1 stycznia 2020

„Szusta rano”, Adam Szustak OP

„Szusta rano”, Adam Szustak OP

              Ze zwojów papieru wyłania się jaskrawa, pomarańczowa okładka, na której pyszni się dumny wizerunek jakiegoś superbohatera i nieortograficzny tytuł „Szusta rano”, z miejsca doprowadzający moją humanistyczną duszę do stanu kompletnego załamania. Pierwszy odzyskuje mowę mój mały kuzynek. „Ooo, kapitan Ameryka!” – wytyka paluszkiem, doszczętnie mnie pognębiając.

„Szusta rano” pojawiła się w moim życiu mniej więcej pół roku temu. Jak już zapewne zauważyliście, nie mogła wywołać bardziej wstrząsającego pierwszego wrażenia. Największy szok przeżyłam jednak na widok… nazwiska autora. Pomyślcie sami: jaki polski pisarz jest na tyle zwariowany żeby w jednej pozycji zamknąć cytaty z Biblii, fragmenty kilku niezbyt ambitnych filmów i słowa najróżniejszych sławnych osób, a w dodatku połączyć to wszystko w jedną, spójną „pandowo-filozoficzno-śmieszno-filmową” całość? Odpowiedź brzmi: Szustak. Tak! Ten ksiądz!

Zasada korzystania z „Szustej rano” jest bardzo prosta. Na każdy dzień roku przewidziany jest jeden cytat wraz z krótkim, dowcipnym komentarzem autora. Taki rozdzialik czyta się codziennie rano, zaraz po przebudzeniu, jako swego rodzaju motywację. Codziennik stanowi zapis porannej serii konferencji publikowanych niegdyś na You Tube’owym kanale księdza Szustaka. Książkę zaprojektowano tak, aby ani rozkład dni tygodnia w ciągu roku, ani jego przestępność nie miała żadnego wpływu na lekturę. Dzięki temu „Szusta rano” nigdy nie straci aktualności i jest zakupem na całe lata.

Adam Szustak OP mistrzowsko dobiera cytaty do swojego codziennika. Na kartach książki cytaty z Biblii sąsiadują ze słowami Gandhiego, Churchila a nawet… króla Juliana czy Hana Solo. „Dlaczego tak różnorodnie i wręcz może czasem mało pobożnie? Dlatego że genialność Ducha Bożego polega na tym, że Pan Bóg w każdym człowieku, w każdym, nawet najdziwniejszym miejscu czy wydarzeniu, potrafi zasiać jakieś dobro.” – tłumaczy autor na pierwszych stronach książki. Naprawdę podziwiam jego odwagę i upór w tych poszukiwaniach. W „Szustej rano” nawet najgłupsze, wyrwane z kontekstu słowa z banalnego filmu nabierają głębszego znaczenia i stają się piękną metaforą opowiadającą o nieskończonej Bożej miłości. Równocześnie Szustak zachowuje zdrowy dystans i poczucie humoru, które naprawdę pomaga z uśmiechem wejść w nowy dzień. „Może ktoś dziś stwierdzi, że Szusta rano sięgnęła dna, ponieważ pojawił się w niej cytat z filmu Predator” – ironicznie wita czytelników 29 maja, rozpoczynając skondensowaną opowieść o grzechu, słabości i niepoddawaniu się.

„Szusta rano” rzeczywiście pomaga wstać rano z łóżka i zabrać się do pracy. Codzienna dawka humoru, mocne przesłanie i pomoc w rozwoju wiary… Czego jeszcze potrzeba?

Na zakończenie recenzji i początek nowego roku krótki cytat Dwayne’a Johnsona, którym Szustak otwiera wpis na 1 stycznia: „Bądź takim rodzajem człowieka, że gdy rano wstajesz i twoja stopa dotyka podłogi, diabeł w piekle mówi: Osz, …, wstał!”.

niedziela, 27 października 2019

„Od cepra do wariata. Felietony zakopiańskie”, Rafał Malczewski

„Od cepra do wariata. Felietony zakopiańskie”, Rafał Malczewski

Zakopane w okresie międzywojennym jest miejscem nieobliczalnym, rządzącym się własnymi, niepojętymi dla ceprów (przybyszy z nizin) prawami. Ugrupowania polityczne dzielą się na zwolenników i przeciwników budowy kolejki na Kasprowy, najzagorzalszą sektą są brydżyści, a osobą najbardziej narażoną na lincz – nieszczęsny meteorolog, ciężko pokutujący za narowy górskiego klimatu. Jednym słowem: „jak [ktoś] przyjechał [do Zakopanego] ceprem, tak wyjedzie skończonym tumanem.”

Ironia, zdrowy krytycyzm i bezlitosny dowcip – tak najcelniej można zdefiniować styl felietonów Rafała Malczewskiego. Autor zgrabnie wbija szpile zarówno mieszkańcom Zakopanego, jak i przybywającym doń turystom, bezustannie doprowadzając czytelnika do nieco złośliwego chichotu. Jego ulubionym tematem jest chyba jednak samo miasto, ostoja amatorów wydzielanego przez nie „narkotycznego jadu”, narciarzy i innych przedstawicieli miejscowej „elity hysiów, co to przybywszy niegdyś na trzy godziny (…) osiedlili się (…) na wieczność”. Lojalnie ostrzegam z góry, że podobne ryzyko zagraża wszystkim, którzy nieopatrznie sięgną po niniejsze felietony. Kto raz zacznie czytać, na zawsze już przesiąknie zamiłowaniem do specyficznego klimatu książki. Na korzyść lektury bez wątpienia działa to, że po raz pierwszy wydana została w 1939 roku. Nikt, kto choć raz odwiedził współczesne Zakopane, nie będzie w stanie odmówić sobie przyjemności poczytania o czasach, w których niezabudowaną jeszcze Gubałówkę nazywano „poczciwą gaździną”, o kanalizacji nie było mowy, a pechowy mieszkaniec hoteliku „Nenufarek” mógł zostać za bezcen odstąpiony właścicielce lokalu „Pod Trumienką”. Dopiero po kilku felietonach czytelnik orientuje się, że poza porcją humoru podstępnie sprzedano mu pokaźną dawkę historii o turystycznych początkach Zakopanego. Ale o to raczej ciężko się obrazić, zwłaszcza że historia pisana jest z przymrużeniem oka i przetykana wspaniałymi opowieściami o kłopotach z należytym rozreklamowaniem miejscowego klimatu, niepoprawnym halnym i budowlaną samowolką. Rafał Malczewski z dumą przekazuje potomnym pamięć o wydarzeniach tak przełomowych jak budowa kolejki linowej na Kasprowy, nieznacznym (ale za to potrójnym) trzęsieniu ziemi, czy wspaniałej idei narciarstwa błotnego, która najwyraźniej nie doczekała się popularności. Nie ma znaczenia czy jesteście ceprami, cudzoziemcami, czy należycie do jednego z licznych gatunków zakopiańskich tubylców wyodrębnionych przez autora – jeżeli choć raz odwiedziliście Zakopane, musicie sięgnąć po tę książkę.

Rafał Malczewski jest prawdziwym mistrzem felietonu. Gdy już zaczniecie czytać, bądźcie gotowi na nieskoordynowane napady chichotu i dziką, nieuzasadnioną chęć głośnego odczytywania co ciekawszych fragmentów pozostałym domownikom. Liczne anegdoty, celne charakterystyki i fachowe diagnozowanie zakopiańskiego obłędu – czegóż więcej trzeba do… śmiechu?

niedziela, 6 października 2019

„Dzieci kapitana Granta”, Juliusz Verne

„Dzieci kapitana Granta”, Juliusz Verne

Tak wiele czyta się o rozbitkach próbujących przetrwać na bezludnej wyspie. Zdani na łaskę i niełaskę żywiołów, walczą o przetrwanie, tworzą prowizoryczne schronienia, aż wreszcie ciskają do morza butelkę z błaganiem o pomoc… Lecz czy ktoś kiedyś napisał choć kilka zdań opisujących rozpacz i niepokój rodzin zaginionych lub choć przelotnie wspomniał o załogach statków wyruszających na ich poszukiwanie…?

Lord Glenarvan wraz ze swą piękną żoną Heleną i grupą przyjaciół odbywają próbny rejs swoim jachtem, „Duncanem”. Pasażerowie zabawiają się podziwianiem polowania na dostrzeżonego w morzu rekina. Ku swojemu zdumieniu, w żołądku bestii odkrywają tajemniczą butelkę. Wewnątrz znajdują się na wpół zniszczone przez wodę rękopisy w trzech językach. Niewyraźny tekst jest prośbą grupy rozbitków o pomoc. Prawdopodobnie jego autorem jest zaginiony przed paroma laty kapitan Grant. Glenarvanowie nie wahają się ani chwili. Wraz z przyjaciółmi, odnalezioną za pośrednictwem ogłoszenia dwójką dzieci Granta i przypadkowym pasażerem – geografem Jakubem Paganelem ruszają w podróż. Poszukiwania komplikuje fakt, że na wyłowionych kartkach zachowały się tylko urywki słów i szerokość geograficzna…

„Dzieci kapitana Granta” są jedną z najciekawszych książek Juliusza Verne’a, jaką kiedykolwiek czytałam. Dzięki niej nauczyłam się odróżniać długość od szerokości geograficznej i po raz pierwszy zetknęłam się z mapą. Niezwykle ciekawym zabiegiem, bardzo z resztą popularnym w książkach podróżniczych, jest wplatanie informacji geograficznych i historycznych w dialogi między bohaterami. Dzięki temu czytelnik w pełni zdaje sobie sprawę z sytuacji i warunków, z jakimi muszą mierzyć się lord Glenarvan i jego towarzysze. Rzecz jasna podczas lektury należy pamiętać, że książka została napisana stosunkowo dawno temu, a jej akcja rozgrywa się w 1864r, więc nie wszystkie fakty dotyczące warunków panujących w dalekich stronach (np. obecność zesłańców w Australii) są nadal aktualne. Niewątpliwą zaletą „Dzieci kapitana Granta” jest wartka akcja i mnogość przygód, jakie spotykają załogę „Duncana” na każdym kroku. Wyniszczające susze, powódź, trzęsienie ziemi, zmagania ze złoczyńcami i krajowcami to dość, aby zafascynować nawet najbardziej opornego czytelnika. Juliusz Verne jednak znajduje też czas na drobne chwile spokoju, w trakcie których napięcie opada, a bohaterowie prowadzą długie rozmowy lub przekomarzają się. Wówczas na pierwszy plan wysuwa się mistrzowski duet major Mac Nabbs - Paganel. Połączenie kamiennego spokoju pierwszego z gadatliwością i roztargnieniem drugiego jest niezgłębionym źródłem komizmu i dowcipu sytuacyjnego tej powieści. Bohaterowie stale starają się sobie dogryźć, co niezwykle bawi zarówno ich towarzyszy podróży, jak i czytelnika. Sporo okazji do śmiechu dostarcza z resztą sama skłonność do najdziwniejszych pomyłek, jakie bezustannie popełnia czcigodny geograf. Przyznajmy szczerze – czy można nie śmiać się, gdy ktoś zamiast na okręt płynący do Kalkuty trafia na pokład statku wiozącego wyprawę ratunkową do Ameryki? Nie, czytając Verne’a nie można się nudzić!
„Dzieci kapitana Granta” to genialne połączenie dowcipu, garści wzruszeń, geografii i przygód. Jeśli interesują Cię dalekie kraje, morskie podróże lub bohaterskie czyny, to bez wątpienia książka dla Ciebie! A jeśli miałeś ją już w rękach i ciekaw jesteś, co dalej stanie się z bohaterami, sięgnij też po „Tajemniczą wyspę”, w której rozwinięty zostanie wątek A… Ale to już temat na kolejną recenzję 😊

niedziela, 8 września 2019

„Sherlock Holmes. Pojedynek z Irene Adler”, opracowanie zbiorowe

„Sherlock Holmes. Pojedynek z Irene Adler”, opracowanie zbiorowe


Każdy, kto choć raz czytał kryminał, z pewnością nie mógł oprzeć się przyjemności prowadzenia śledztwa na własną rękę i tworzenia własnych niezależnych od książkowych detektywów teorii. Jednak mimo wszystko takie równoległe do akcji rozważania pozostawiają pewien niedosyt. Ostatecznie najważniejsze decyzje podejmuje kierowany przez autora wyimaginowany bohater, a nieszczęsny czytelnik może tylko w duchu zaklinać detektywa, aby poszedł po rozum do głowy i np. porządnie przepytał pana X. A gdyby tak samodzielnie zmierzyć się z zagadką jakiejś zbrodni…?

Komiks paragrafowy umożliwia każdemu wejście w rolę głównego bohatera przedstawianej opowieści. Zasady gry są proste. Na każdym rysunku znajdują się mniej lub bardziej ukryte numery, prowadzące do kolejnych kadrów. Czytelnik sam wybiera, jakie miejsca chce odwiedzić, co powie i co zrobi. Rzadko kiedy natrafia się na zbiór kadrów przedstawiających całą scenkę – zazwyczaj aby śledzić rozwój akcji decyzje trzeba podejmować przy każdym obrazku. Dzięki temu czytelnik staje się jakby drugim autorem opowieści, która jest całkowicie zależna od jego decyzji.

Akcja „Pojedynku…” rozpoczyna się w momencie, gdy biuro Holmesa odwiedza jego dawna znajoma – Irene Adler. Kobieta zakłada konkurencyjne biuro detektywistyczne. Urażona spokojną, nieco pobłażliwą reakcją Sherlocka, rzuca mu wyzwanie: oboje mają zmierzyć się z tą samą zagadką. Zwycięży ten, komu uda się ją rozwiązać. Okazja do pojedynku zaczyna się błyskawicznie: akurat dochodzi do morderstwa, a wkrótce później zostaje porwany doktor Watson…

„Pojedynek z Irene Adler” to komiks paragrafowy dla jednego lub dwóch rywalizujących ze sobą graczy. Czytelnicy sami decydują, którym bohaterem pokierują. Bez względu na to, którą postać wybiorą, mogą korzystać z zamieszczonej na końcu książki listy świadków i miejsc zbrodni. Zmianie ulega tylko liczba pytań, jakie mogą zadać przesłuchiwanym osobom – Irene może rozmawiać z nimi nieco dłużej. Dodatkowo, każdy z detektywów dysponuje swoimi prywatnymi kontaktami, z którymi może się porozumieć w dowolnym momencie śledztwa. Tu z kolei w lepszej sytuacji jest Sherlock – rozwiązując jedną sprawę, może konsultować się z większą liczbą osób. Niezależnie od dwóch głównych zbrodni, czytelnik będzie mógł się zmierzyć z dodatkowymi wyzwaniami: poszukiwaniem wizytówek (czasem bardzo przemyślnie ukrytych na obrazkach) i zagadkami przygotowanymi przez spotykanych na drodze bohaterów.

Muszę przyznać, że świetnie się bawiłam rywalizując z moją siostrą jako Sherlock. Z mojej perspektywy prostsza była druga zagadka – pierwszej sprawy niestety nie zdołałam rozwiązać. Oczywiście, jak to zwykle bywa z kryminałami, na koniec okazało się, że wszystkie poszlaki miałam cały czas tuż przed nosem, a klęska jest skutkiem wyłącznie mojego pośpiechu. Komiks paragrafowy to prawdziwa szkoła logicznego myślenia, spostrzegawczości i metodyczności. Aby odnieść sukces czytelnik musi brać pod uwagę zarówno znalezione dowody, jak i zeznania, czy zachowanie przesłuchiwanych osób. Szczególnie trzeba uważać przy nadmiernym wypytywaniu podejrzanych. Jeśli powie się coś niewłaściwego, mogą się bardzo zdenerwować i odmówić składania zeznań. Dzięki temu można na własnej skórze poczuć, jak wielkiej delikatności potrzeba do pracy detektywa, a przedstawiona historia robi się naprawdę realna… Zwłaszcza, gdy w trakcie rozwiązywania drugiej ze spraw pojawia się presja czasu…

Jedną ze słabszych stron książki jest poboczna „zagadka drzwi”. Wyzwanie polega na przejściu przez naszkicowany plan domu, każde drzwi odwiedzając tylko raz i wykonując zapisane w nich działania matematyczne. W rezultacie ma się otrzymać numer kadru. Autorzy zastrzegli, że tylko jeden wynik odpowiada istniejącemu obrazkowi. Poddałam się po mozolnym sprawdzeniu około siedmiu różnych rezultatów, z czego rzeczywiste kadry wskazały przynajmniej trzy z nich. W tym miejscu książki człowieka uratować może tylko szczęście albo sprawdzenie wszystkich możliwości.

Mimo wszystko „Pojedynek z Irene Adler” bez wątpienia jest komiksem godnym polecenia, który spodoba się wszystkim wielbicielom kryminałów i Sherlocka Holmesa. Żałuję tylko, że po jednokrotnym przejściu komiksu znam już rozwiązanie wszystkich zagadek i nigdy już nie przeżyję tego samego napięcia i emocji, co za pierwszym razem…

Na szczęście istnieją też inne komiksy paragrafowe 😊

sobota, 31 sierpnia 2019

„Wielkie zasługi”, Joanna Chmielewska

„Wielkie zasługi”, Joanna Chmielewska
Pewnie każdy się zgodzi, że istnieją sytuacje, w których po prostu nie można być grzecznym. Czasem trzeba się poświęcić i dla wyższego dobra zrobić coś… no, nie do końca legalnego czy dozwolonego przez rodziców. A kiedy już się to zrobi, to nie ma rady – trzeba to jakoś odpracować i zdobyć odpowiednio wielkie zasługi, aby się zrehabilitować…

Rodzina Chabrowiczów spędza wakacje nad morzem. Janeczka i Pawełek wraz z wiernym Chabrem w najlepsze korzystają ze swobody. Niestety wkrótce w szczytnym celu rodzeństwo zmuszone jest do nielegalnego przekroczenia granicy. Dzieci są przekonane, że aby zmazać swoje winy muszą zrobić coś wyjątkowo odważnego i szlachetnego. Okazja nadarza się błyskawicznie – na leśnym cmentarzu ktoś rozkopuje groby, a po okolicy kręci się podejrzany samochód z dwoma numerami rejestracyjnymi… Pytanie tylko, co zrobić z denerwującą córeczką mieszkańców ich pensjonatu, Mizią, którą Janeczka i Pawełek mają się opiekować?

Już od pierwszych stron „Wielkich zasług” daje się wyczuć charakterystyczny styl Joanny Chmielewskiej, pełen lekko absurdalnych dialogów, ogólnego zamieszania i nietuzinkowych postaci. Autorka jest dla mnie niekwestionowaną mistrzynią dowcipnego opisu sytuacji, z którą konkurować mógłby chyba tylko Kornel Makuszyński. Rozbawić potrafi nawet najzwyklejszym w świecie zdaniem, umieszczonym w odpowiednim kontekście. Nie ma chyba czytelnika, który nie zacznie w duchu chichotać, śledząc zwariowane dyskusje rodzeństwa, dochodzącego w toku śledztwa do kolejnych, zaskakujących wniosków. Uwielbiam te ich odkrycia, w równej mierze oparte na zatrważającej inteligencji, własnych obserwacjach, obserwacjach psa i nieposkromionej wyobraźni łączącej wszystko w całość. Jakby tego było mało Janeczka i Pawełek, jak już wspominałam w jednej z moich poprzednich recenzji, mają całkiem dużo zdrowego rozsądku, w dostatecznym stopniu opanowali psychologię dorosłych i doskonale potrafią na chłodno opracowywać kolejne genialne plany. Nic dziwnego, że zarówno ich rodzice, jak i policjanci nawet w najmniejszym stopniu nie są w stanie rozszyfrować zamierzeń rodzeństwa…
Oprócz samego humoru, autorka oferuje nam również niebanalną intrygę. Sprawa rozkopywanych grobów, tajemnicze znajomości właściciela pensjonatu i kręcący się w okolicy podejrzani osobnicy sami w sobie momentalnie wywołują głębokie zainteresowanie czytelnika. Akcja „Wielkich zasług” płynie wartko i już po kilku stronach ciężko się od niej oderwać. Mimo, że dzieci są zaskakująco bystre i błyskawicznie wpadają na trop, czytelnik nadal może liczyć na całkiem sporo zaskoczeń, a przy ryzykownych pomysłach Janeczki i Pawełka po prostu nie ma czasu na nudę. Równocześnie powieść nawet w kulminacyjnym momencie nie przekracza cienkiej granicy pomiędzy zwykłym kryminałem, a kryminałem pełnym mrocznych, niewyjaśnionych zbrodni i nieuchwytnej grozy - spokojnie można ją polecić również młodszym czytelnikom.
Wakacyjny klimat, wielka afera kryminalna i niepospolity dowcip z pewnością wystarczą, aby czytelnik na długo nie mógł się oderwać od „Wielkich zasług”. Jeśli podobnie jak ja uwielbiacie Joannę Chmielewską, nie wahajcie się! A jeśli dopiero zaczynacie poznawać tę autorkę, sięgnijcie po pierwszą część opowieści o Janeczce i Pawełku pod tytułem "Nawiedzony dom".


piątek, 23 sierpnia 2019

„Słońce w studni”, Małgorzata Nawrocka

„Słońce w studni”, Małgorzata Nawrocka
Malarstwo od zawsze niesie za sobą jakieś niezwykłe piękno, które dodaje szaremu, ludzkiemu życiu odrobinę kolorów. Równocześnie każdy obraz ma w sobie jakieś przesłanie czy swego rodzaju prawdę, którą artysta chce pokazać innym... Tylko co jest ważniejsze? Jakość techniczna, warsztat i estetyka czy może raczej myśl przewodnia? A może... coś zupełnie innego?

Michał jest młodym, niezwykle zdolnym, ale i zbuntowanym malarzem, a przy tym zagorzałym ateistą. Chce, by jego obrazy sprzeciwiały się normom, szokowały i prowokowały widzów, co zawsze mu się udaje. Chłopak zdobywa coraz większe uznanie. Wkrótce jednak dowiaduje się, że zamiast jego „Samobójstwa Boga” na prestiżową wystawę w Monachium pojedzie płótno innego artysty, jego rówieśnika Dawida Darka. Michał nie może pogodzić się z nagłym kresem swoich marzeń o sławie...  
Fenomen „Słońca w studni” polega chyba na tym, że na zaledwie 123 stronach autorce udało się zarówno rozwinąć fascynującą opowieść, jak i poruszyć kilka niezależnych, bardzo ważnych, chrześcijańskich spraw, ani na chwilę nie tworząc wrażenia chaosu. Problem współczesnych „buntowników”, w rzeczywistości twardo trzymających się nurtu pogardy dla katolików, idea nienarzucania dzieciom wiary poprzez chrzest zaraz po narodzinach, faworyzowanie niektórych twórców ze względu na ich osobiste poglądy... Wszystkie te trudne tematy znajdziemy na kartach powieści. Małgorzata Nawrocka z łatwością odmalowuje przed czytelnikiem charakter i emocje miotające Michałem. Rozbudowane opisy uczuć i przemyśleń umożliwiają zrozumienie chłopaka. Widać też, że autorka naprawdę starała się spojrzeć na świat z malarskiej perspektywy. W dialogach i obserwacjach głównego bohatera wprost roi się od tytułów obrazów, spostrzeżeń dotyczących kolorów i setek innych artystycznych uwag. Mimo to, Małgorzacie Nawrockiej udało się uniknąć popadania w długie, przynudne opisy. Na przedstawienie danego miejsca, czy płótna wystarczy jej kilka zdań, mających w sobie tak wiele treści, że czytelnik bez trudu jest w stanie wszystko sobie wyobrazić. Ponadto niemal wszystkie postacie, jakie znajdziemy na kartach „Słońca w studni”, są zaskakująco realne. Małgorzata Nawrocka unika kanonizowania, czy potępiania bohaterów. Każdy z nich ma swoje wady, zalety i indywidualne cechy charakteru, dzięki którym staje się po prostu ludzki. Jedyną wadą książki w moich oczach jest jej grubość, a raczej „cienkość” - po godzinie czytania musimy już pożegnać się z Michałem, Dawidem i innymi przyjaciółmi z lektury. Ale jak powiedziała mi sama autorka, „Słońce w studni” ma zaprzyjaźnić czytelnika z pisarką... I w moim przypadku to się udało.

„Słońce w studni” to po prostu ciepła, współczesna powieść chrześcijańska w najlepszym znaczeniu tego słowa. Autorka nie ukrywa wiary za alegorią jak C. S. Lewis, ani nie umieszcza akcji książki w dramatycznych czasach jak Robert Hugh Benson. W zamian oferuje nam opowieść o życiu zwykłego, młodego chłopaka, takiego jak każdy z nas. Prostą, lecz dzięki temu bardzo bliską czytelnikowi. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Pod Tatry tylko z książką

Pod Tatry tylko z książką
Zakopane w sierpniu. Środek sezonu. Na Krupówkach panuje gigantyczny tłok. Ludzie rozmawiają, kupują, sprzedają. W ogólnym zamieszaniu łatwo przegapić przylepione do bruku papierowe strzałki wskazujące drogę na Plac Niepodległości. Na szczęście nawigacja nie pozostawia wątpliwości. Po kilku minutach staję przed wielkim namiotem opatrzonym napisem „Zakopiański Festiwal Literacki”. Przed wejściem zauważam trzy biblioteczki wyobrażające zaczytane postacie i kilka drogowskazów żartobliwie nawiązujących do tatrzańskiej okolicy: „Jesteś na dobrym szlaku”, „Zakopiańskie Targi Książek”, „Ostoja poetów”… Brzmi jak idealny plan na weekend!

Wchodzę do środka. W porównaniu z zeszłoroczną wizytą w Krakowie, targi prezentują się raczej skromnie. Pomiędzy stoiskami krąży dość umiarkowana liczba osób, więc można spokojnie stanąć przy każdym stanowisku, nie ryzykując przy tym potrącenia przez tłumy gości. Rozglądam się i powoli ruszam wzdłuż lewej ściany.
Wkrótce udaje mi się wyodrębnić trzy wiodące kategorie sprzedawanych książek: dziecięce, związane z górami i… religijne. Zwłaszcza obecność tych ostatnich jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Rzadko kiedy (poza sąsiedztwem bazylik i sanktuariów) napotykam tak wiele katolickich pozycji w jednym miejscu. Tutaj zaś z półek wyglądają nazwiska takie jak C.S. Lewis, Adam Szustak OP, czy Fulton Sheen. Ponadto na Targach gości osobiście dwóch autorów, którzy piszą powieści dyskretnie odwołujące się do religii. Jednym z nich jest Małgorzata Nawrocka. Rozmawiamy z nią przez chwilę całą rodziną. Chętnie opowiada o swoich książkach i nie kryje, jak duży wpływ na ich treść mają chrześcijańskie wartości. Ze śmiechem wspomina pierwszych gości jacy pojawili się na Targach – mamę z córeczką, obie z wielkimi walizkami na zakupione lektury. 
Z tyłu namiotu kończy się spotkanie autorskie z Robertem Kościuszko. Jednym uchem przysłuchuję się, jak odpowiada na pytania widzów. Gdy krótko omawia swoje książki, z zaskoczeniem rozpoznaję w nich dobrze znane mi z Biblii opowieści o Samsonie, Esterze, Gedeonie… W pewne chwili zgłasza się malutka dziewczynka:
- Proszę pana, a co trzeba zrobić, żeby zostać bohaterem pana książki?
Przez namiot przetacza się fala dyskretnych uśmiechów i chichotów. Autor dyplomatycznie tłumaczy, że pisze głównie o swoich dzieciach i postaciach biblijnych, a obecnie ciężko byłoby włączyć się w poczet zarówno jednych, jak i drugich.
- Ale wiesz co? Może mogłabyś sama napisać opowiadanie, w którym będziesz główną bohaterką? Potem mogłabyś pokazać je rodzicom i zobaczyć, czy zgadną, że jest o tobie – zgrabnie wychodzi z niewygodnej sytuacji.
Przy stoisku pełnym starych książek o Tatrach mama odkrywa przewodnik z 1876 roku. Pozycja szczegółowo opisuje poszczególne szlaki. Specyficzny język i ortografia momentalnie budzą nasz uśmiech. Jednak najzabawniejszy jest wstęp. Autorzy radzą m.in. żeby w góry zabierać hurtowe ilości butów, bo łatwo się drą, sporo bielizny, bo „albo się przepoci albo przemoczy”, a z powodu niskich temperatur „pierzyna a nawet kożuch nie zawadzi”. Tekst wart jest dosłownego przytoczenia. Niestety jednak nie pamiętam go dokładnie
Wychodzę z namiotu. Przy plastikowych stoiskach na placu dzieci ozdabiają cekinami i wycinankami papierowe maski. Siadamy na ławkach w cieniu i wyciągamy swoje książki. Chcemy jeszcze chwilę nacieszyć się Targami zanim wrócimy do hotelu…

niedziela, 4 sierpnia 2019

„Ciemna strona Mocy”, Timothy Zahn

„Ciemna strona Mocy”, Timothy Zahn
           Praca polityka i dyplomaty nie jest łatwa nawet czasach pokoju. Jednak może się dodatkowo skomplikować, kiedy w trakcie negocjacji zmagać się trzeba z wyjątkowo subtelnym, dążącym do władzy przeciwnikiem, oskarżeniem dobrych znajomych o zdradę i presją czasu, a najmniejszy błąd może doprowadzić do zburzenia budowanego z tak wielkim trudem chwiejnego pokoju… 


Mimo że bitwa o Sluis Van zakończyła się zwycięstwem Nowej Republiki, cena za ocalenie rządowej floty okazała się olbrzymia - niemal wszystkie statki są poważnie uszkodzone. Jakby tego było mało, dawny przywódca Rebelii, admirał Ackbar, zostaje oskarżony o zdradę stanu i zdjęty ze stanowiska. Han i jego przyjaciele podejrzewają, że w zajściu maczał palce jeden z radców, prawdopodobnie współpracujący z Imperium. Postanawiają za wszelką cenę znaleźć dowody na potwierdzenie swojej teorii. Tymczasem Luke dociera na Jomark, planetę, na której według krążących w Galaktyce plotek mieszka pewien rycerz Jedi. Napotkany przez niego mistrz zachowuje się jednak bardzo podejrzanie. Czyżby próbował przeciągnąć Skywalkera na ciemną stronę Mocy…? Czasu jest niewiele. Admirał Thrawn nie próżnuje, a gra toczy się teraz o gigantyczną stawkę: zagubioną gdzieś w bezkresie Galaktyki legendarną Flotę Katańską…
Timothy Zahn jest absolutnym mistrzem tworzenia galaktycznych legend, nowych planet i ras. Naprawdę podziwiam niezwykłą wyobraźnię, która pozwala mu kreować coraz to nowe, zaskakująco realne elementy świata przedstawionego, równocześnie zachowując klimat „Gwiezdnych wojen”. Z kolei w kwestiach polityki i dyplomacji autor patrzy na sytuację wyjątkowo rzeczowo. Intrygę prowadzi subtelnie, unikając gigantycznych skandali i jawnych oszustw. Wręcz przeciwnie: cały spisek opiera się na manipulacji, przez co jest jeszcze trudniejszy do wykrycia. Równie skomplikowana okazuje się kwestia ludu Noghri, którą zajmuje się księżniczka Leia. Mieszkańcy planety z jednej strony darzą przybyłą względnym szacunkiem i zapewniają jej bezpieczeństwo, a z drugiej – pozostają wierni Imperium… Jednak w książce najbardziej zafascynowały mnie nie polityczno-dyplomatyczne potyczki, ale historia znanej nam już z pierwszej części Mary Jade. Timothy Zahn prowadzi ten wątek dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam po lekturze pierwszej części. Po raz kolejny dziewczyna zmuszona jest do współpracy z Luke’iem Skywalkerem, a nawet sama prosi go o pomoc. Przyznam szczerze, że uwielbiam, gdy książkowi bohaterowie, z początku wrogowie, zmuszeni są do połączenia sił. Zawsze z wielką przyjemnością przyglądam się rozwojowi ich postaw, subtelnym zmianom nastawienia, mieszanym uczuciom… Pod tym względem „Ciemna strona Mocy” w pełni zaspokaja moje oczekiwania.
              Choć wydaje się to nieprawdopodobne, odkładając książkę czułam jeszcze większy niedosyt niż po przeczytaniu pierwszego tomu. Co stanie się z Marą? Jak Nowej Republice uda się pokonać admirała Thrawna? Kim lub czym jest tajemnicze Źródło Delta? Dobrze, że dzięki filmom wiadomo przynajmniej, jaki koniec spotka Imperium…
              Pozdrawiam wszystkich, którzy tak jak ja liczą dni do wznowienia trzeciej części.

poniedziałek, 29 lipca 2019

„Pożeracze książek”, Jennifer Chambliss Bertman

„Pożeracze książek”, Jennifer Chambliss Bertman
   Nie ma chyba na świecie osoby, która czytając o rozszyfrowywaniu tajemniczych wiadomości, poszukiwaniu ukrytych skarbów czy agentach posługujących się skomplikowanymi kodami choć przez chwilę nie marzyłaby, aby znaleźć się na miejscu bohaterów. A gdyby tak ktoś stworzył kiedyś serię zagadek, którą mogliby rozwiązywać wszyscy, bez względu na wiek czy szczególne umiejętności?

   Emily uwielbia książki i różnego rodzaju zagadki. Nic dziwnego, że szaleje na punkcie „Łowców książek” – portalu internetowego stworzonego przez jej idola, Garrisona Griswolda. Na stronie gracze mogą tworzyć i rozwiązywać łamigłówki, które wskazują miejsca ukrycia ich ulubionych książek. Któregoś dnia dziewczynka znajduje na stacji metra nietypowe wydanie „Złotego żuka” Edgara Alana Poego. Podejrzewa, że tomik jest wskazówką w nowej grze Griswolda. Wraz z nowym przyjacielem, Jamesem, postanawia rozwiązać zagadkę. Wkrótce na ich trop trafiają bezwzględni przestępcy… 
   Niewątpliwym atutem książki są wymienione w tekście szyfry. Większość z nich istnieje naprawdę i bez trudu można za ich pomocą zapisywać swoje własne wiadomości. Nie jest to szczególnie skomplikowane. Wystarczy tylko odpowiedni klucz, kartka papieru i ołówek. Mnie osobiście zauroczył genialny w swej prostocie szyfr podstawieniowy, będący nie tyle gotowym alfabetem, ale raczej sposobem na błyskawiczne stworzenie własnego kodu. Odkładając lekturę na półkę, czytelnik jest już tak zafascynowany szyfrowaniem, że z miejsca zaczyna przesyłać znajomym najbanalniejsze wiadomości dla samej przyjemności poczucia się jak prawdziwy łowca książek. 
   Wyjątkowo ciekawe jest też to, że spora część wymienionych w „Pożeraczach książek” miejsc, postaci historycznych i wydarzeń z przeszłości jest autentyczna. Na końcu lektury znajdziemy krótki dodatek uściślający znane nam już z przygód bohaterów fakty. Niektóre z nich są tak nieprawdopodobne, że spokojnie mogłyby posłużyć jako inspiracja oddzielnej książki. Przeglądając te krótkie notatki dowiemy się też, co zainspirowało autorkę do napisania „Pożeraczy książek” i jak przebiegał proces ich tworzenia. Te kilka akapitów tekstu z pewnością spodoba się wszystkim, którzy lubią sprawdzić, jak wiele elementów wykorzystanych w ich ulubionej lekturze istnieje naprawdę i są ciekawi, jak wygląda praca pisarzy.
   „Pożeracze książek” z pewnością spodobają się wszystkim, którzy tak jak Emily pragną przeżyć niezwykłą przygodę i uwielbiają czytać. Wartka akcja, ukryta między stronami niezwykła atmosfera tajemnicy i towarzysząca kolejnym odkryciom ekscytacja sprawia, że od lektury ciężko się oderwać. Szkoda tylko, że opisany w tekście portal „Łowcy książek” nie ma swojego odpowiednika w rzeczywistości.

środa, 17 lipca 2019

„Kroniki Saltamontes. Ucieczka z mroku”, Monika Marin

„Kroniki Saltamontes. Ucieczka z mroku”, Monika Marin

Wychowankowie przedwojennego sierocińca nie mają łatwego życia. Jednak o wiele prościej jest znieść trudne chwile, gdy ma się u swego boku wypróbowanego przyjaciela i wspólny cel… Wtedy niewiele już trzeba do szczęścia. Wystarczy tylko pobliski śmietnik, na którym można znaleźć materiały do niezwykłych maszyn oraz pielęgnowane przez lata marzenia o wspólnym domu… Marzenia, które na pewno kiedyś przecież się spełnią.

              Adam i Aleks wychowują się na przedmieściach Szczecina. Są nierozłączni. Wkrótce po zakończeniu wojny budują razem Maszynę do Produkowania Szczęścia. Głęboko wierzą, że niezwykłe urządzenie potrafi spełniać ich najskrytsze pragnienia… takie jak znalezienie nowego domu w niewielkim, wylosowanym na mapie miasteczku. Jednak wkrótce Adam zostaje adoptowany przez oschłą, podającą się za jego ciotkę kobietę. Jakiś czas później zapada decyzja o przyłączeniu Szczecina do Polski. Aleks i inne dzieci z sierocińca muszą wyjechać do nowego ośrodka gdzieś w Niemczech. Chłopcy nie chcą się rozstać. Zdeterminowany Adam postanawia zakraść się do jednej z przewożącej jego kolegów ciężarówek. Rozpoczyna się pełna przygód podróż przez powojenną Europę…

„Kroniki Saltamontes” są niezwykle ciepłą opowieścią, tchnącą niepowtarzalnym, klimatem i pełną mądrości. Autorka wyczarowuje na drodze bohaterów całe mnóstwo niezwykłych, złożonych postaci, od pięknej Katarzyny aż po starego rybaka Emmanuela. Niesamowite jest, jak w miarę trwania akcji losy przyjaciół Adama i Aleksa splatają się ze sobą, by wreszcie stworzyć nierozerwalną całość. Bardzo ciekawym posunięciem jest umieszczenie akcji w okresie tuż po wojnie. Co prawda nie znajdziemy już w „Kronikach…” walk czy bitew, ale bez przerwy towarzyszyć nam będzie ich mgliste, nieulotne wspomnienie. Znajdziemy jego cień w ruinach zniszczonych bombardowaniem miast, wciąż żywej nieufności, a wręcz wrogości ich mieszkańców do Niemców, a także tragediach zwykłych ludzi, którzy w tych trudnych latach stracili swoich najbliższych. Oczywiście nie obejdzie się przy tym bez odrobiny refleksji i rozmów na jakże trudny temat wojny... Na szczególną uwagę zasługuje również niezwykle subtelnie poprowadzony wątek tajemniczych podziemi pełnych książek, które zaskakująco często pojawiają się na drodze chłopców – w końcu to właśnie od nich wzięła swoją nazwę cała seria. Nie martwcie się jednak, jeśli po zakończeniu lektury będziecie czuli niedosyt. Fascynującą kontynuację przygód bohaterów znajdziecie w drugiej części serii pt. „Tajemnicze bractwo”, w której Adam i Aleks… Ale to już temat na kolejną recenzję 😊.

              „Kroniki Saltamontes” to jedna z takich książek, które z miejsca oczarowują czytelnika i wprost zmuszają do rozmyślań. Odkładając ją na półkę, człowiek zaczyna znowu wierzyć, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie, marzenia się spełniają, a wartości takie jak przyjaźń, miłość czy rodzina z biegiem lat wcale nie tracą na znaczeniu. Żałuję tylko, że przygodę z trylogią zaczęłam dopiero od drugiego tomu, przez co ominęło mnie tak wiele zaskoczeń i emocji.

niedziela, 19 maja 2019

"Buba", Barbara Kosmowska

"Buba", Barbara Kosmowska


             Na Zwierzynieckiej wszystko może się zdarzyć. W końcu trudno o spokój w mieszkaniu, które dzielą między sobą pisarka tandetnych romansideł, jej mąż – prowadzący programy telewizyjne i sporadycznie ich starsza córka, Olka, która w regularnych odstępach czasu na zawsze porzuca męża i wraz z synkiem powraca na niezbyt entuzjastyczne łono rodziny. W takim towarzystwie różnego rodzaju kłótnie i awantury są na porządku dziennym. A całemu temu galimatiasowi przygląda się ostatnia lokatorka - pewna bardzo sympatyczna nastolatka…
              Spokojnie, może i powyższa wizja w pierwszej chwili wydaje się wstrząsająca, jednak w rzeczywistości życie Buby nie jest wcale takie złe. Dziewczyna ma przecież swoje dżinsy, ukochane martensy i dziadka, z którym przy partyjce ogóra może o wszystkim porozmawiać. A przede wszystkim – ma niezwykłe poczucie humoru, dzięki któremu największe kłopoty stają się mniej dręczące. No, może poza przystojnym Adasiem, spędzającym coraz więcej czasu z Jolką… Jednak naprawdę trudno długo rozpaczać nad takimi drobiazgami, kiedy matka idzie na wywiadówkę do nie tej szkoły, co trzeba, do drzwi dobija się para ekscentrycznych znajomych (mających dziwną zdolność pojawiania się dokładnie w porze obiadu), a z wizytą zapowiada się elegancka babka Rita, zamierzając wprowadzić w domu szereg reform. Nic dziwnego. W końcu nieprzewidziane sytuacje na Zwierzynieckiej zdarzają się po prostu zawsze. 
Poza końską dawką humoru sytuacyjnego, na kartach książki czeka nas też całkiem dużo głębokich przemyśleń i pięknych metafor. To niesamowite, jak poetycko dobra autorka potrafi podsumować najbardziej prozaiczną, pełną wyzwisk awanturę. Dzięki temu „Buba” staje się lekturą o wiele cieplejszą i wdzięczniejszą niż można by oczekiwać po książce opisującej losy tak kłótliwej, przeżywającej ciągłe burze rodziny. 
              Jak zwykle u Barbary Kosmowskiej, nawet w najczarniejszej nocy wzajemnych oskarżeń, nieuchronnie zmierzających w stronę absurdu dyskusji i zagrożenia rozwodem znajdzie się przewrotny promyk dowcipu. A kilka stron dalej dla pogodzonych już bohaterów zacznie się całkiem nowy, zwariowany, lecz na swój sposób piękny dzień.
              Takie drobne pokrzepienie na tym łez padole.


Copyright © 2016 Z biblioteki Molinki , Blogger